kochaj-jak-twa-wola blog

    Twój nowy blog

    Ten tajemniczy uśmiech w temacie coś znaczy…
    Tylko co? ;)

    Żyję. I mam się dobrze. Nawet bardzo :)
    Szybko zaaklimatyzowałam się w nowym mieszkanku. W dużej mierze dzięki Ogrzemu, który mieszkał ze mną pierwszy tydzień i pomógł mi przebrnąć przez etap przejściowy. Zdążyliśmy już nawet jedną imprezę zrobić :)
    Brak dostępu do netu nie doskwiera mi tak bardzo jak się spodziewałam. Mam teraz więcej czasu dla siebie. I z tej właśnie okazji postanowiłam przerzucić się na dietę dobrych kalorii. Tę samą na której Moje Kochanie schudło już od początku roku około 20 kg. No zobaczymy jak mi pójdzie. Trzymajcie kciuki! :)

    PS. Wieczorny widok z naszego balkonu
    Free Image Hosting at www.ImageShack.us

    A więc stało się. Przeprowadziłam się.
    Spodziewałam się, że będzie mi trochę smutno zostawiać mieszkanie, w którym spędziłam prawie całe swoje życie. Ale nie było. Chyba dojrzałam do przecięcia pępowiny. U rodziców było mi bardzo dobrze i wygodnie, ale gdzieś tam jednak z tyłu głowy ciągle pojawiała się myśl, że czas już zacząć żyć na swój rachunek.
    No więc zaczynam – pełna pozytywnych myśli, planów na przyszłość i ekscytacji tym, co będzie jutro.

    Nie cierpię zielonej herbaty. Czy wszystko co zdrowe musi być niedobre? Piję ją, bo zawiera antyoksydanty czyli inaczej mówiąc przeciwutleniacze, które przeciwdziałają starzeniu się. Mam nadzieję, że to działa, bo jak nie… blah.

    Sztućce. To tylko sztućce. Kto by pomyślał, że przyniosą
    tyle radości…
    Choć nie. To przecież nie są zwykłe sztućce. To sztućce do
    naszego domu. No i są naprawdę piękne.
    Od wczoraj się nimi zachwycam. Podobnie zresztą jak każdą
    inną nawet najdrobniejszą rzeczą do naszego mieszkania. Pościel! Cudna pościel
    pod którą śnić będziemy same piękne sny. Patelnia… Niemal czuję smak
    tych rodzinnych niedzielnych obiadów! Żelazko? Z przyjemnością będę prasować mu
    koszule do pracy.
    Jeszcze mnóstwo pracy przed nami. Ale wspólnymi siłami
    dojdziemy wszystkiego. Razem możemy wszystko. Ale najważniejsze to nie zapomnieć,
    że:
    „Dom nie jest tam, gdzie mieszkamy, ale tam, gdzie kochamy i
    jesteśmy kochani.” (Karlheinz Deschner).

    Czasami moje życie przypomina jazdę kolejką górską. Raz w górę, raz w dół, raz w lewo, raz w prawo, a wcale też nie rzadko do góry nogami. Całe szczęście są w nim też elementy stałe, niezmienne – takie, na których wiem, że mogę zawsze polegać. Żeby mieć wreszcie chwilę wolnego musiałam przelecieć prawie 8000 km. W Polsce jest teraz gdzieś koło godziny drugiej popoludniu, ale tu w Chicago jest dopiero siódma rano – więc mam ciszę i spokój. I czas by wreszcie coś napisać na blogu ;)
    Wróciliśmy z wakacji. Szkocja powitała nas charakterystyczną dla siebie deszczową pogodą, ale już następnego dnia się rozchmurzyła pokazując swoje słoneczne oblicze. Nie podejmę się opisania wielkiej – choć może nieco surowej – urody
    tego kraju. Mogę zaledwie wymienić miejsca, które udało nam się
    zobaczyć. Na zamku w Edynburgu spędziliśmy pół dnia. Wznosząc się ponad zaplanowany program zwiedziliśmy też Glamis i St. Andrews (moi faworyci!) Byliśmy też w Stirling i Dundee. Przejeżdżając przez Glasgow zastanawiałam się jak takie szpetne miasto może mieć takiego pięknego reela. O Szkotach niewiele mogę powiedzieć, ale szkockie krowy są urocze :)
    Mamy całe mnóstwo świetnych zdjęć i jeszcze więcej cudnych wspomnień. Agata i Krystian (znajomi Ogra) okazali się przesympatyczną parą i ugościli nas po królewsku. Mam nadzieję, że pod koniec roku nas odwiedzą – w powiększonym składzie :)
    Na zakończenie dodam, że po wizycie na Wyspach odżyła we mnie myśl o przeprowadzce tam. Nie na zawsze. Na 2-3 lata. Sama jestem ciekawa czy z tej myśli coś wykiełkuje.
    A na koniec podziękowania dla sponsora, bez którego wyjazd nie tylko nie byłby możliwy, ale też nie miałby sensu :*

    Lubię swój samochód. Jest taki jak ja – mały, ale z charakterem. Dopiero ostatnio odkryłam, że ma on pewną wadę. Mianowicie nie posiada ABSa (Anti-Lock Braking System), co oznacza, że przy gwałtownym hamowaniu jego koła się blokują, auto wpada w poślizg a kierowca de facto traci nad nim kontrolę. Kierowca czyli ja. To niedobrze. Bardzo niedobrze. Nie lubię tracić kontroli. Postanowiłam więc poradzić się Cioci Wikipedii. Sporo się od niej dowiedziałam, ale najważniejsze okazało się to, że „w momentach silnego naciśnięcia hamulca uzyskuje się dużą siłę
    hamowania, a w momentach puszczenia niesymetria oporów toczenia hamuje
    ruch poprzeczny samochodu, umożliwiając jego sterowanie
    „. Czyli – tłumacząc z polskiego na nasze – kiedy odpuszczam hamulec, samochód jedzie tam, gdzie chcę. Wiem – już sprawdziłam :D Tak więc zdobyłam kolejną życiową umiejętność wyprowadzania samochodu z poślizgu. Nie wiem czy powinnam być z tego dumna, bo konieczność gwałtownego hamowania wiąże się najczęściej z niedostosowaniem prędkości… ale cóż – zwykle jeżdżę sama, więc uważać muszę tylko na siebie ;)

    Ostatni czas był dla mnie
    ciężki. Tak naprawdę nic złego się nie stało – po prostu miałam swoje gorsze
    dni. Może to przesilenie wiosenne tak wyjątkowo źle w tym roku na mnie
    wpłynęło? A może po prostu musiałam wyrobić odpowiednią ilość dni mniej szczęśliwych
    na ten kwartał? Nie wiem. Grunt, że chodziłam raz całkiem rozbita a raz
    zupełnie wściekła i ta huśtawka nastrojów musiała nieźle dać w kość mojemu
    najbliższemu otoczeniu. Ale no właśnie – nie bez powodu piszę w czasie
    przeszłym. Mam nadzieję, że to już za mną.
    Spędziłam naprawdę cudowny weekend we Wrocławiu i chyba mogę powiedzieć, że mój
    związek z pewnym bajkowym stworem kwitnie. W kwietniu planujemy polecieć do
    Szkocji. Nie licząc krótkich weekendowych wypadów, to będzie nasz pierwszy
    wspólny urlop. Mam nadzieję, że pogoda dopisze. A nawet jeśli nie… cóż… na
    pewno coś wymyślimy ;)
    Zastanawialiśmy się też, dokąd polecieć jesienią. Na początku miały być to
    Stany Zjednoczone. Ale teraz już nie jesteśmy tak pewni. A może jednak Chiny? W
    końcu to nasze klimaty – te, przez które sie poznaliśmy. Do jesieni jeszcze
    trochę czasu zostało. Pewnie odmieni nam się sto razy, bo w grę wchodzi na
    przykład też Paryż. Ale – umówmy się – to taki bardzo przyjemny dylemat i chyba
    każdy by chciał w swoim związku mieć tylko takie problemy.
    Tymczasem zbliżają się święta, które także spędzę we Wrocławiu.
    I na chwilę obecną właściwie tylko tą myślą żyję. I bardzo mi z tym dobrze :)

    Zawody w Krakowie coraz bliżej, a ja w tym miesiący byłam na zajęciach całe 4 razy. Nie ma co się łudzić. Żeby zostać czempionką trzeba trenować przynajmniej 3-4 razy w tygodniu, więc moje szanse na jakąkolwiek wygraną określam raczej jako niewielkie. Ale przecież jadę tam głównie dla zabawy, a nie po medale. Za stara już jestem na zawodostwo. Co nie znaczy, że nie dam z siebie wszystkiego. Będę walczyć do końca!


    • RSS